Informator uniwersytecki

Blask
Wywiad z prof. Tomaszem Paszkowskim

Zapraszam na wywiad z prof. dr hab. n. med. Tomaszem Paszkowskim, kierownikiem III Katedry i Kliniki Ginekologii. Przeniesiemy się nieco w czasie oraz przestrzeni i zajrzymy do zagranicznych ośrodków.

Od początku kariery zawodowej jest Pan związany z Uniwersytetem Medycznym w Lublinie. Jednak prowadził Pan badania i szkolił się między innymi w Queen
s University of Belfast oraz w Harvard Medical School w Bostonie. Czego Pan się tam nauczył, co było najbardziej odkrywcze?

Jestem absolwentem ówczesnej Akademii Medycznej w Lublinie, którą ukończyłem w 1981 roku. Od tego czasu jestem pracownikiem mojej macierzystej Uczelni. Zaczynałem swoją pracę w Klinice Ginekologii Zachowawczej, potem przemianowanej na Klinikę Ginekologii, która teraz nazywa się III Katedra i Klinika Ginekologii. Od wielu lat jestem jej kierownikiem, a w międzyczasie udało mi się odbyć wiele staży, kursów, wyjazdów zagranicznych… Opowiem tylko o dwóch. 

Przy tej okazji chciałbym wspomnieć postać mojego ówczesnego Szefa, człowieka, z którym pracowałem przez wiele lat, nieżyjącego już niestety, prof. Radzisława Sikorskiego. Wspominam go między innymi dlatego, że w tamtych latach nie było praktyką powszechną wspieranie przez takie postaci jak on, rozwoju zawodowego i naukowego młodych pracowników z uwzględnieniem długotrwałych pobytów zagranicznych. Profesor Sikorski akceptował i wspierał moje aplikacje stypendialne.  

Mój pierwszy ważny wyjazd miał miejsce w roku 1992. Było to stypendium British Council. Wybrałem wtedy placówkę, będącą czołowym ośrodkiem szkolenia podyplomowego ginekologów i położników w Wielkiej Brytanii. Był to Uniwersytet Królowej Wiktorii w Belfaście, czyli Queens University of Belfast, którego klinika uniwersytecka mieszcząca się w Royal Victoria Hospital, jest miejscem gdzie się stażuje i odbywa egzamin specjalizacyjny w zakresie ginekologii i położnictwa. Jest to także ośrodek kliniczny i naukowy o międzynarodowej renomie. Miałem tam prawo wykonywania zawodu. W związku z tym łączyłem badania naukowe z intensywnym kursem tego, jak wygląda medycyna w mojej specjalności, czyli ginekologii i położnictwie, w wydaniu światowym. 

Dyżurowałem, pracowałem i mnóstwo się tam nauczyłem w zakresie technik, które wtedy jeszcze w naszym kraju raczkowały, takich miedzy innymi jak endoskopia operacyjna, zabiegi z zakresu mikrochirurgii, ultrasonografia w nowoczesnym wydaniu. Badania rozpocząłem dosyć przypadkowo, jak to w życiu bywa. Trafiłem tam na osobę, która dysponowała znakomitym zapleczem laboratoryjnym i zaproponowałem badania w kierunku oceny równowagi prooksydacyjno-antyoksydacyjnej we wnętrzu pęcherzyka Graffa, czyli tam gdzie dojrzewa komórka jajowa. W klinice, w której pracowałem był już wówczas dobrze funkcjonujący ośrodek zapłodnienia pozaustrojowego, więc miałem dostęp do materiału biologicznego, a do tego znalazłem jednostkę zajmującą się biochemią kliniczną, gdzie wzbudziłem zainteresowanie moimi badaniami. Znalazły się na to fundusze i w trakcie pobytu zrobiłem część badań, które potem wchodziły w zakres mojej pracy habilitacyjnej. 

Gdyby miał Pan ten sam pomysł tutaj, czy technicznie byłoby to w ogóle do wykonania? Czy byłby sprzęt do tego typu badań? 

Nie byłoby to wówczas możliwe z paru powodów. Pomijam aspekty techniczne zaplecza laboratoryjnego. Przede wszystkim była to kwestia dostępu do materiału biologicznego pochodzącego od dużej liczby pacjentek –– jedynym sposobem pozyskania płynu pęcherzykowego są programy zapłodnienia pozaustrojowego, które wprawdzie wtedy Polsce już funkcjonowały, ale metody punkcji jajników wówczas w Polsce stosowane odbiegały od wiodących wówczas ośrodków światowych. Z tego wyjazdu wyniosłem dwie ogromne korzyści: bardzo intensywne i owocne szkolenie kliniczne szczególnie w zakresie najbardziej wówczas finezyjnych technik operacyjnych i równolegle zrealizowanie projektu naukowego, który stanowił istotną część moje pracy habilitacyjnej.

prof. Paszkowski i Harvard

Ponieważ kontynuowanie moich badań w Polsce nie było wtedy możliwe, natychmiast po powrocie zacząłem się rozglądać za możliwościami kontynuowania ich za granicą. Aplikowałem o stypendium w programie Fulbrighta, jednej z najbardziej szacownych instytucji w zakresie stypendiów naukowych na świecie. Senator James W. Fulbright tak to wymyślił, żeby stypendium umożliwiało działania naukowe, ale jednocześnie umożliwiało pewną integrację kulturowo-socjalną z Ameryką mieszkańców różnych zakątków świata. Dzięki temu możliwy był pobyt w USA całej mojej rodziny, oraz szereg rzeczy, które wykraczały poza jedynie aspekt naukowy. W aplikacji do programu Fulbrighta w kategorii Senior Grant, trzeba było zaproponować konkretne miejsce i mieć akceptację ośrodka, do którego stypendysta się wybierał. Przyjąłem założenie, że skoro tym razem mam wyjechać na cały rok, to jest mi właściwie obojętne gdzie to będzie, pod warunkiem, że będzie to najlepszy uniwersytet na świecie. W związku z tym, w obszarze Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej pojawił się jeden uniwersytet – Harvard. Udało mi się uzyskać wstępną akceptację takiego projektu ze strony Kliniki Położnictwa i Ginekologii Harvard Medical School, wówczas prowadzonej przez prof. Roberta Barbieri’ego - najmądrzejszego ginekologa, jakiego spotkałem w życiu. Znakomity klinicysta, a przy tym na całym świecie szanowany naukowiec, autor szeregu przełomowych badań w zakresie ginekologii i położnictwa. 

W USA ze względu na specyfikę prawną, uzyskanie prawa wykonywania zawodu było w perspektywie krótkoterminowej niemożliwe, więc koncentrowałem się wyłącznie na badaniach naukowych, mając tam stworzone znakomite możliwości, jeśli chodzi o zaplecze laboratoryjne, dostęp do materiału biologicznego i najnowszej literatury. Była to swego rodzaju terapia szokowa, jeśli chodzi o przejście od realiów, z których wyjeżdżałem do realiów, które tam napotkałem. Stworzone mi tam warunki do realizacji projektu naukowego, starałem się wykorzystać jak najlepiej. 

Zakres badań, który miałem zaplanowany, został w całości wykonany i w zasadzie wróciłem do Polski z gotowym materiałem na pracę habilitacyjną. W ’97 roku uzyskałem stopień naukowy dr habilitowanego a tytuł tej rozprawy brzmiał „Reaktywne formy tlenu oraz elementy systemu obrony antyoksydacyjnej we wnętrzu przedowulacyjnego pęcherzyka jajnikowego”. 

W przeciwieństwie do pobytu w Bostonie, w Belfaście byłem sam, a wiec było to niełatwe przeżycie, szczególnie ze względu na to, że mój pobyt przypadał w okresie szczytu wojny domowej w Irlandii Północnej. Belfast był wtedy sceną makabrycznych historii. Nie było tygodnia, żeby nie miał miejsca przynajmniej jeden zamach. Nie zapomnę nigdy dźwięku, który przez ponad pół roku słyszałem bez przerwy – krążących helikopterów nad Belfastem. Jak i widoku opancerzonych samochodów oraz nieustannej kontroli przez młodych żołnierzy uzbrojonych w odbezpieczone karabiny… Jako człowiek, który tam wtedy dyżurował, miałem to nieszczęście uczestniczyć w akcjach pt. „wszystkie ręce na pokład”. Kiedy przywożono kilka, kilkanaście ofiar jakiegoś zamachu, wtedy wszyscy dyżurni biegli na coś, na kształt SORu, gdzie trzeba było ratować te ofiary.

prof. Paszkowski z pomnikiem

Uniwersytet i szpital są imienia Królowej Wiktorii, która oczywiście odwiedzała Ulster. Na dziedzińcu starego budynku Royal Victoria Hospital jest pomnik siedzącej na krześle Królowej Wiktorii, której codziennie - pomimo tego, że jest usuwany przez służby porządkowe - studenci wtykają niedopałek papierosa w usta. 

Natomiast Boston jest jednym z bardzo nielicznych miast w Ameryce, które było budowane, zanim wymyślono samochód. W związku z tym poruszanie się samochodem po tym mieście jest ogromnie utrudnione. Uprzedzano mnie jeszcze przed wyjazdem, żeby przypadkiem nie kupować tam samochodu, bo to sensu nie ma żadnego. Jeśli chodzi o Cambridge (siedzibę większości wydziałów Harvardu), dramatem dla pracowników tego Uniwersytetu  jest parkowanie. Jest tylko jeden sposób rozwiązania tej kwestii - zdobycie Nagrody Nobla. Uprawnia ona do dysponowania dożywotnim, bezpłatnym miejscem parkingowym i jest to najłatwiejszy sposób na problemy z parkowaniem w Cambridge, siedzibie uniwersytetu, który wygenerował chyba najwięcej laureatów Nagrody Nobla ze wszystkich uczelni na świecie!

W związku z tym jak ktoś narzekał, że znowu pół godziny szukał miejsca do parkowania, to słyszałem wielokrotnie takie odpowiedzi „jaki problem, zrób Nobla i będziesz miał swoje miejsce parkingowe”. 

Te ośrodki były ważnym elementem Pana życia, kariery i rozwoju zawodowego. Czy poznał Pan tam takich wykładowców, profesorów, z którymi utrzymuje kontakt do dziś? Np. konsultujecie może jakieś przypadki razem, macie wspólne kierunki dalszych badań?

To jest jeden z ważnych celów nawiązywania tego typu kontaktów. Gdyby to miały być kontakty chwilowe i nie mające kontynuacji, w dużej mierze byłaby to strata czasu. Ja utrzymuję kontakty zarówno z ludźmi, z którymi pracowałem w Belfaście, jak i z tymi, którymi pracowałem w Bostonie. Między innymi z profesorem Barbierim. Mieliśmy, już po zakończeniu mojego tam pobytu, wspólne publikacje. Ciągle są jakieś projekty, które chętnie konsultuję z moimi przyjaciółmi za granicą. Dzisiaj ta sytuacja jest o tyle prostsza, że mamy internet. Uprawianie „narodowej” nauki bez rysu międzynarodowego jest nieporozumieniem. Dzisiaj pojawiają się nowe możliwości umiędzynarodowienia nauki, w postaci tzw. wizytujących profesorów, z których to możliwości w naszej Uczelni coraz częściej się korzysta. 

Krótko po powrocie z Bostonu, zaprosiłem profesora Roberta Clarka z Uniwersytetu Harvarda, na wizytę w Lublinie. Przyjechał do Lublina i miał wykład, na który zaprosiłem bardzo wielu gości z całej Polski. Profesor pierwszy raz był w ogóle w Europie. Było to spore przeżycie dla nas wszystkich. 

Dzisiaj bardzo wiele pionierskich badań można zaplanować zwracając swój wzrok w kierunku krajów azjatyckich. Bez obecności i wkładu naukowego Chińczyków czy Hindusów, takie uniwersytety jak Yale, Princeton czy Harvard nie mogłyby utrzymać swojej wiodącej pozycji na świecie. Pamiętam mojego kolegę, który był Chińczykiem i realizował badania w tym samym co ja laboratorium. Ja, pracując naprawdę ciężko od rana, nierzadko do bardzo późnego wieczora, często jak wychodziłem z laboratorium to żegnałem tego kolegę pytając czemu on jeszcze nie idzie do domu. Informował mnie wtedy, że eksperyment ciekawie mu się rozwija i jeszcze chwilę popracuje. Kiedy przychodziłem rano, mając nadzieję, że będę pierwszy, to zastając go w pracy pytałem czemu tak wcześnie przyszedł? Wtedy odpowiadał, że tak mu się ten eksperyment ciekawie rozwinął, że w ogóle do domu nie wychodził. Ta z życia wzięta anegdota obrazuje ogromną pracowitość i zaangażowanie naukowców wywodzących się z tego obszaru geograficznego. Dlatego gdybym dzisiaj robił taką mapę topowych ośrodków w dziedzinie biomedycznych nauk podstawowych, to nie wykluczone, że ten palec na mapie nie zmierzałby w kierunku Stanów Zjednoczonych, tylko zupełnie w drugą stronę. 

Chciałam jeszcze zapytać o punkt zwrotny w Pana karierze. Czy był jakiś moment kiedy miał Pan wątpliwości czy idzie w dobrym kierunku, ale wydarzyło się coś, co sprawiło, że Pan poczuł pewność, że to jest właśnie ten kierunek, który Pan chce obrać?

W medycynie w ogóle nie ma czegoś takiego jak PEWNOŚĆ. To czy komuś coś się udaje czy nie udaje, szczególnie w obszarze nauk klinicznych, to jest splot ogromnej ilości czynników, wśród których niewątpliwie bardzo ważna jest po prostu odrobina szczęścia. Ważna jest konstelacja personalna - z kim się pracuje, kto jest twoim szefem, na ile jest to człowiek otwarty na wspieranie twojego rozwoju zawodowego i naukowego? Czy twoja uczelnia stwarza ci warunki do rozwoju? Miałem zawsze wparcie macierzystej Uczelni w swoich zamierzeniach naukowych, ale mogło się trafić zupełnie inaczej. I wreszcie ośrodek, do którego chcesz wyjechać, bo tam też przecież ktoś musiał odczytać twój projekt jako interesujący, wyrazić zgodę na jego realizację, a potem stworzyć dobre warunki, a przecież było wielu kandydatów na ten grant/stypendium. Mnóstwo zatem czynników składa się na to, czy te szanse się pojawiają i jak my z nich skorzystamy.

Właśnie, gotowość do wyjazdów za granicę - jak jest z nią teraz?

Obserwuję tutaj zmianę w podejściu młodych naukowców. W czasach które wspominałem, dostając stypendium i możliwość wyjazdu, czułem się jakbym wygrał bogactwo na loterii. Dzisiaj namówienie młodego lekarza, który już zaczyna się rozwijać zawodowo w dyscyplinie klinicznej, ma tu już pewne perspektywy zarabiania pieniędzy, na długotrwały staż zagraniczny o profilu naukowym, jest często bardzo trudne. Mówię tu oczywiście o przedstawicielach dyscyplin klinicznych, a nie o reprezentantach nauk podstawowych czy dyscyplin teoretycznych. 

W niedużym ilościowo zespole prof. Sikorskiego był czas, kiedy jednocześnie 3 asystentów było na stypendiach zagranicą – w Norwegii, w Niemczech i w Irlandii Północnej, szkoląc się i wykonując badania w wiodących europejskich ośrodkach klinicznych. Co ciekawe, umówiliśmy się z kolegami, będąc wtedy różnych miejscach Europy, na spotkanie w Amsterdamie, gdzie wzięliśmy udział w Europejskim Kongresie Medycyny Perinatalnej prezentując wyniki naszych badań. To obrazuje, że już wtedy były możliwości, z których chcieliśmy i umieliśmy korzystać.

Gdyby Pan mógł zachęcić studentów dlaczego nie powinni siedzieć w jednym miejscu tylko jednak otworzyć się bardziej na świat, odważyć na coś więcej?

To jest rada od starszego kolegi nie tylko do studentów, ale też do młodych lekarzy. Zamknięcie się na takiej zasadzie, że ja się wszystkiego nauczę, nawet w najlepszej klinice, nigdy nie podglądając jak to robią inni, jest nieporozumieniem i prowadzi na końcu zawsze do kadłubkowości szkolenia klinicznego. Dopiero jak człowiek gdzieś pojedzie, i to nie musi być zaraz Tokio, to nie musi być Boston, to może być inny ośrodek w Polsce, wchodzi na inną trajektorię szkolenia. Czasami wystarczy pojechać kilkadziesiąt kilometrów , pooperować w innym ośrodku, zobaczyć jak tam leczą te same, co my choroby. Krytycznie spojrzeć na to, co my robimy lepiej, co robimy inaczej albo gorzej, niż robią to koledzy w innym ośrodku. To jest odświeżające, niezwykle stymulujące i to jest absolutnie niezbędny warunek, żeby się w naukach klinicznych rozwijać. W naszym Uniwersytecie mamy takie jednostki, które są rozpoznawalne i respektowane, a wręcz wiodące nie tylko w perspektywie polskiej, ale wręcz ogólnoświatowej. Ludzie z całego świata aplikują, chcą przyjeżdżać i uczyć się medycyny właśnie u nas. Wielu znakomitych profesorów chętnie przyjmuje zaproszenie do bycia visiting professor na naszej Uczelni. Zamknięcie się w tym kokonie „zacząłem i skończę pracę w jednym ośrodku, nigdzie indziej się nie szkoliłem, nie widziałem jak inni to robią”, nieuchronnie prowadzi do sytuacji zabójczej dla rozwoju, szczególnie w dyscyplinach zabiegowych. Nigdy nie jest tak, że robimy coś najlepiej na świecie, żeby nie można było czegoś poprawić, a nawet radykalnie zmienić. Trzeba korzystać z szans, które daje nam w tym względzie internet. Trzeba próbować się uczyć od specjalistów gdzie indziej - w Hong-Kongu, w Londynie, w Gdańsku czy Warszawie albo wręcz po drugiej stronie ulicy w Lublinie. Chociażby np. w innej klinice naszego macierzystego uniwersytetu, gdzie podobne przypadki są leczone. Rozhermetyzujmy tę bańkę, w której się szkolimy wpuszczając tam jak najwięcej ożywczego powietrza z zewnątrz. Ogromnie zyska na tym wasza kariera zawodowa, ale najważniejszymi beneficjentami będą wasi pacjenci. 

prof. Paszkowski profil

rozmawiała: Katarzyna Flor,
Sekcja Organizacyjno-Informacyjna

Zdjęcia pochodzą z prywatnych zasobów prof. Tomasza Paszkowskiego.

© 2021 Centrum Symulacji Medycznej UM w Lublinie